Ile kosztuje upadłość konsumencka? Podsumowanie od momentu złożenia wniosku do zakończenia postępowania

Po internecie krąży mnóstwo uproszczeń na temat upadłości konsumenckiej. Jedno z najczęstszych brzmi, że upadłość konsumencka jest darmowa. I ja też chciałam w to wierzyć, bo kiedy człowiek jest już na granicy sił, to bardzo potrzebuje myśli, że wreszcie pojawi się jakaś prosta droga wyjścia. Tyle że pytanie ile kosztuje upadłość konsumencka nie kończy się na jednym zdaniu ani na jednej opłacie. To temat, który dotyka portfela, ale też życia i bezpieczeństwa, zdrowia, relacji i codziennego spokoju.

W tym wpisie robię podsumowanie i zebrałam w jednym miejscu wszystkie koszty – te widoczne i ukryte, od momentu złożenia wniosku o upadłość konsumencką, przez przebieg postępowania, aż po jego zakończenie. Zbieram w jednym miejscu to, co w praktyce składa się na koszty upadłości konsumenckiej, zarówno te widoczne w złotówkach (w tym wynagrodzenie syndyka i konsekwencje potrąceń), ale też te ukryte, o których poradniki często milczą. Bo w realnym życiu rachunki nie czekają na decyzje instytucji, a procedura potrafi trwać miesiącami i w tym czasie trzeba normalnie żyć, pracować, utrzymać dom i dziecko, mieć siłę wstać rano.

Piszę to z perspektywy osoby, która przeszła przez upadłość bardzo burzliwie i wie, że największy rachunek nie zawsze jest tym finansowym. U mnie najdroższe okazały się stres i niepewność. To wyjątkowo długie miesiące życia w napięciu, w poczuciu braku kontroli, w ciągłej walce o podstawy.

Ten tekst nie jest poradą prawną i nie obiecuje, że u Ciebie będzie tak samo. Ma pokazać coś innego – uczciwy obraz tego, co może się kryć pod hasłem kosztów upadłości konsumenckiej, żeby ludzie w potrzebie nie wchodzili (między innymi jak ja weszłam) w ten proces z nadzieją na darmowe oddłużenie, tylko z otwartymi oczami i lepszym przygotowaniem.

Mit: upadłość konsumencka jest darmowa – skąd się bierze i dlaczego jest niebezpieczny?

Gdy ktoś wpisuje w Google ile kosztuje upadłość konsumencka, najczęściej szuka prostej odpowiedzi typu „ile muszę zapłacić na start?”. I właśnie w tym miejscu rodzi się mit, że upadłość konsumencka jest darmowa. Bo jeśli na początku nie wyciągasz z kieszeni kilku czy kilkunastu tysięcy złotych, łatwo uwierzyć, że to proces upadłości da się przejść bezkosztowo.

Muszę tu zrobić krótką pauzę, bo prawo faktycznie przewiduje sytuacje, w których upadłość konsumencka może być bez dużych kosztów na start, np. gdy majątek nie wystarcza na koszty postępowania, Skarb Państwa może je tymczasowo pokryć (art. 491(7) ust. 1), a sama opłata od wniosku jest symboliczna (30 zł). Tyle że to nie jest automatyczna upadłość za darmo, bo sąd może później wskazać, w jakim zakresie trzeba te koszty oddać w ramach rozstrzygnięć dotyczących planu spłaty (art. 491(14) ust. 1), a dopiero w wyjątkowo trudnej sytuacji może dojść do umorzenia bez planu spłaty, wtedy koszty zostają definitywnie po stronie państwa (art. 491(16)). Dlatego nie chcę obiecywać bezkosztowej upadłości dla każdego. W praktyce próg tej „wyjątkowości” bywa wysoki, szczególnie gdy żyje się w okolicach najniższej krajowej.

W praktyce koszty upadłości konsumenckiej rzadko wyglądają jak jedna, czytelna faktura. One rozkładają się w czasie i często pojawiają się dopiero wtedy, gdy postępowanie już trwa, a Ty jesteś w środku z rachunkami, pracą, dzieckiem, zdrowiem, codziennością. Wtedy okazuje się, że pytanie o koszt nie dotyczy wyłącznie formalnych opłat, ale tego, ile realnie zostaje na życie i jak długo trzeba funkcjonować w podwyższonym stresie.

W moim przypadku darmowa upadłość konsumencka okazała się hasłem, które kompletnie nie pasowało do rzeczywistości. Nie dlatego, że nagle pojawiły się luksusowe wydatki, tylko dlatego, że proces potrafi generować koszty na kilku poziomach naraz:

  • koszty finansowe (to, co widać w liczbach: potrącenia, rozliczenia, wydatki „okołopostępowaniowe”),
  • koszty życiowe (czas, papierologia, energia potrzebna do ogarniania pism, terminów i dokumentów),
  • koszty psychiczne i społeczne (stres, niepewność, napięcie, izolacja, poczucie braku wpływu).

Warto tu powiedzieć wprost o jeszcze jednym ukrytym koszcie, który często znika z poradników, to pomoc prawna. W internecie wszystko wygląda prosto, na zasadzie „idź do kancelarii”, „doradca restrukturyzacyjny poprowadzi sprawę”, „kancelaria od restrukturyzacji przygotuje wniosek i będzie bezpiecznie”. To są piękne hasła i w wielu sprawach taka pomoc faktycznie może uporządkować proces.

Problem zaczyna się wtedy, gdy czyta to osoba, która żyje w okolicach minimalnej pensji, ma dziecko na utrzymaniu i liczy każdą złotówkę dwa razy. Bo w praktyce koszty upadłości konsumenckiej to nie tylko sąd i postępowanie, to także realna bariera wejścia w profesjonalne wsparcie.

Z mojej perspektywy wyglądało to tak, że jeśli zarabiam najniższą krajową, to pełna obsługa kancelarii albo współpraca z doradcą pozostała po prostu poza moim zasięgiem. Słyszałam (i sama pytałam kilku kancelarii) kwoty rzędu 6 – 7 tysięcy złotych za pomoc przy całym procesie. I teraz najważniejsze dla części osób to może być inwestycja w spokój, ale dla wielu to jest suma, której nie da się uzbierać bez rezygnacji z podstaw albo bez wsparcia kogoś z otoczenia.

Gdy budżet domowy ledwo spina czynsz, media, jedzenie i leczenie, to takie koszty nie są „opcją do rozważenia” tylko marzeniem, którego realnie nie da się zrealizować.

I właśnie dlatego mit darmowej upadłości bywa tak bolesny. Bo buduje obraz, że wystarczy złożyć wniosek i wszystko pójdzie sprawnie, podczas gdy w realnym życiu wiele osób wchodzi w upadłość bez prawnika nie dlatego, że nie chce, tylko dlatego, że nie ma za co. A to zmienia wszystko – poziom stresu, ilość błędów po drodze i ciężar, który spada na człowieka, gdy musi samodzielnie ogarniać dokumenty, pisma i terminy.

Dlatego ciężko uczciwie odpowiedzieć jednym zdaniem, bo to cała skomplikowana droga, o których większość poradników woli nie pisać.

Koszty upadłości konsumenckiej w praktyce – co da się policzyć, a co wychodzi w trakcie

Kiedy ktoś pyta mnie ile kosztuje upadłość konsumencka, ja widzę dwie listy. Pierwsza to koszty, które da się w miarę normalnie rozpisać w złotówkach. Druga to koszty, które pojawiają się w trakcie postępowania i nie jako jeden rachunek, tylko jako stałe obciążenie w trakcie postępowania. I dopiero suma tych dwóch list daje w miarę uczciwy obraz.

Koszty finansowe (te twarde) to między innymi:

  • symboliczna opłata od wniosku o upadłość konsumencką (30 zł),
  • koszty postępowania, które w praktyce obejmują też wynagrodzenie syndyka – i tu ważna rzecz: Skarb Państwa zawsze kredytuje koszty postępowania zaliczką 4000 zł, a syndyk ma obowiązek tę zaliczkę rozliczyć (i ewentualnie zwrócić, jeśli z masy upadłości udało się pokryć koszty),
  • wszystkie wydatki okołopostępowaniowe: druk, skany, wysyłki, dojazdy, telefony, czasem opłaty za dokumenty, których nikt Ci nie zwróci, bo to tylko drobiazgi, które w praktyce pojawiają się naturalnie w takim procesie.

Ale to jest dopiero początek. Bo w realnym życiu koszty upadłości konsumenckiej najczęściej bolą wtedy, kiedy zaczynają dotyczyć budżetu domowego miesiąc po miesiącu. U mnie kluczowy koszt pojawiał się w miejscu, którego nie widać w poradnikach, czyli w tym, ile realnie zostawało mi na życie po potrąceniach i jak szybko z takiego deficytu robią się zaległości za podstawy. Pisałam o tym we wpisie nowe długi w trakcie upadłości konsumenckiej, w którym szczegółowo wyjaśniam jak działa mechanizm powstawania nowych zobowiązań, których de facto nie powinno być.

I tu dochodzimy też do sedna, bo już nie chodzi o wygodę, tylko o podstawy jak prąd, woda, mieszkanie, leczenie, dojazdy czy dzieci – czyli o sprawy, które nie poczekają, aż system się spokojnie zajmie sprawą i łaskawie ktoś weźmie się do pracy.

Wynagrodzenie syndyka, czyli gdzie w praktyce szuka się pieniędzy na koszty postępowania

W teorii to brzmi neutralnie – jest postępowanie, jest syndyk, są koszty postępowania upadłościowego i jest wynagrodzenie syndyka. W praktyce, jeśli zastanawiasz się ile kosztuje upadłość konsumencka, to właśnie w tym miejscu zaczyna się prawdziwy problem, bo prędzej czy później pojawia się pytanie – skąd te pieniądze mają się wziąć, jeśli ktoś nie ma majątku i żyje w okolicach minimalnej pensji?

Mechanizm wygląda tak, że na start Skarb Państwa kredytuje koszty postępowania – syndyk dostaje zaliczkę np. 4000 zł. Potem syndyk ma obowiązek tę zaliczkę rozliczyć i jeśli w toku postępowania uda się zaspokoić koszty wynagrodzenia z masy upadłości – oddać ją państwu.

W tym momencie pojawia się nieładny paradoks, bo masa upadłości w praktyce nie jest jakimś magicznym workiem z pieniędzmi, które biorą się z nikąd. To są realne środki, które w toku postępowania zostały zajęte z wynagrodzenia upadłego, innych świadczeń pieniężnych oraz sprzedaży majątku jeśli taki wysąpił.

Z mojego doświadczenia i rozmów z innymi osobami wynika, że syndyk często patrzy na sprawę w sposób bardziej prosty wynagrodzenie syndyka ma zostać zaspokojone, więc postępowanie ma do tego doprowadzić. Przecież syndyk – osoba wykształcona nie będzie pracował za darmo?

I kiedy ktoś ma mieszkanie, samochód, oszczędności, to temat wygląda inaczej. Ale jeśli ktoś nie ma majątku, a utrzymuje się z pensji bliskiej minimalnemu wynagrodzeniu, to ciężar tego zaspokojenia kosztów potrafi schodzić w miejsce, które jest szczególnie dotkliwe, mało etyczne, często w świetle prawa wątpliwe, ale co najważniejsze osobie będącej w tej codzienności ciężko się wygrzebać bez pomocy z zewnątrz.

Właśnie dlatego ja nie traktuję hasła wynagrodzenie syndyka jako czegoś abstrakcyjnego. To jest jeden z realnych i – moim zdaniem – podstawowych kosztów upadłości konsumenckiej, który potrafi wpływać na to, jak wygląda życie w trakcie postępowania.

Bo jeśli dochodzi do nieprawidłowości w potrąceniach z wynagrodzenia, jeśli dochodzi do zajęcia świadczeń z Zakładowego Funduszu Świadczeń Socjalnych, które co do zasady są wyłączone spod egzekucji (bo nie stanowią wynagrodzenia za pracę ani innych świadczeń ze stosunku pracy w rozumieniu art. 881 k.p.c. – szczegółowe wyjaśnienia podstawy prawnej znajdziesz tutaj), to zaczyna być naruszona sama logika postępowania, która zgodnie z art. 2 Prawa upadłościowego ma zaspokajać wierzycieli, ale nie może odbywać się kosztem słusznych praw upadłego, w tym prawa do minimum egzystencji – tylko po to, żeby syndyk „zapewnił sobie wynagrodzenie”.

To nie są dla mnie suche rozliczenia. To jest praktyczne pytanie: ile zostaje na czynsz, rachunki i leczenie, czy pojawia się deficyt i czy zaczynają narastać kolejne zaległości. W teorii to są liczby w dokumentach, a prawo – przynajmniej na papierze – ma chronić takie sytuacje. W praktyce bywa inaczej, zwłaszcza gdy w tle pojawia się presja na zaspokojenie wynagrodzenia syndyka. Z mojej strony zostawiam więc to jedno pytanie: czy da się przeżyć miesiąc bez wchodzenia w nowe długi?

Przewlekłość postępowania – koszt, którego nikt nie wpisze w tabelkę

Jest jeszcze jeden koszt, o którym mówi się za mało, a który potrafi rozjechać całą odpowiedź na pytanie ile kosztuje upadłość konsumencka, jest nim przewlekłość postępowania. Bo im dłużej trwa postępowanie, tym dłużej żyjesz w zawieszeniu i tym dłużej Twoje życie „pracuje” na koszty upadłości konsumenckiej, w tym na wynagrodzenie syndyka.

Na papierze to wygląda jak procedura – jakich wiele, w praktyce bywa tak, że czas działa na niekorzyść upadłego, bo miesiące lecą, potrącenia lecą, rachunki lecą, a Ty często nawet nie masz świadomości, ile to w ogóle powinno trwać, co jest standardem, jakie potrącenia są dopuszczalne, jakie masz prawa i co możesz zrobić, gdy się z czymś nie zgadzasz, bo syndyk tego po prostu nie tłumaczy. I wtedy wchodzisz w klasyczne błędne koło – nie wiesz, co jest nie tak, a nie stać Cię na pomoc prawną, więc trudno Ci to skutecznie zatrzymać.

W tym miejscu wraca temat „pięknych haseł” o kancelariach i doradcach. Teoretycznie ktoś powie – „to idź po pomoc”. Tylko że osoba żyjąca na minimalnym wynagrodzeniu często nie idzie nie dlatego, że nie chce, tylko dlatego, że nie ma za co. I tak przewlekłość potrafi działać jak mechanizm, z którego bez wsparcia osób trzecich bardzo trudno wyjść, bo im dłużej trwa sprawa, tym większy stres i większe koszty życia; im większy stres i koszty, tym mniej siły i środków na reakcję; im mniej reakcji, tym łatwiej, żeby postępowanie trwało dalej.

U mnie to wyglądało szczególnie absurdalnie, bo sprawa była – z perspektywy życia – prosta: długi sprzed ponad 12 lat, część już spłacona, minimalne wynagrodzenie, brak majątku. A mimo to postępowanie prowadzone przez syndyka ciągnęło się około 24 miesiące.

Nie będę na razie wchodzić w szczegóły działań prawnych ani w to, jak daleko ta historia finalnie zaszła, bo to jest temat na osobny wpis i na inną rozmowę. Powiem tylko tyle, ile jest ważne dla tego wpisu – przewlekłość nie była dla mnie neutralnym opóźnieniem. To był realny koszt upadłości – koszt czasu, zdrowia i bezpieczeństwa – a w tle cały czas wisiało pytanie, czy to przeciąganie sprawy nie służy głównie temu, żeby z biegiem miesięcy dało się zebrać więcej środków do masy i ostatecznie zaspokoić koszty, w tym wynagrodzenie syndyka?

I dlatego, jeśli mam coś mocno podkreślić w tej sekcji, to to – przewlekłość postępowania upadłościowego to nie jest drobiazg. To jest jeden z tych mocno „ukrytych” kosztów, które wychodzą dopiero w trakcie – i które potrafią sprawić, że upadłość konsumencka przestaje być drogą do uporządkowania życia, a staje się długim, wyczerpującym okresem, w którym człowiek codziennie walczy o podstawy.

Koszty okołopostępowania – druk, skany i poczta, czyli rachunki, których nikt nie liczy

Jak już wcześniej wspomniałam, są też koszty upadłości konsumenckiej, które wyglądają jak drobiazgi, ale w praktyce potrafią urosnąć do konkretnej kwoty. U mnie były to głównie – druk dokumentów, przygotowywanie pism, skany i wysyłka pocztą. I to jest o tyle podstępne, że sama upadłość konsumencka toczy się elektronicznie, przez system krz-ext.ms.gov.pl – co do zasady nie ma możliwości wnoszenia pism papierowo, tylko trzeba robić to przez platformę.

Problem zaczyna się wtedy, gdy zawodzą podstawowe narzędzia przewidziane w postępowaniu upadłościowym (np. skarga na czynności syndyka, zażalenie, wnioski składane przez platformę) i chcesz zgłosić nieprawidłowości „wyżej”. Bo wtedy te zawiadomienia trzeba już wysłać klasycznie, papierowo – na przykład do Ministerstwa Sprawiedliwości, do Prezesa Sądu czy do Rzecznika Praw Obywatelskich.

W moim przypadku (i wiem, że nie każdy będzie miał aż tak skrajny scenariusz) sam druk, skanowanie i wysyłki w całym postępowaniu wyniosły łącznie ponad 1000 zł. I właśnie o to mi chodzi, że kiedy zastanawiasz ile kosztuje upadłość konsumencka, te „okołopostępowaniowe” rachunki często nie wyglądają groźnie pojedynczo, ale potrafią dobić budżet wtedy, gdy każda złotówka ma znaczenie.

Podsumowanie ile kosztuje upadłość konsumencka w praktyce?

Gdybym miała to podsumować jednym zdaniem, to powiedziałabym tak – ile kosztuje upadłość konsumencka zależy od wielu rzeczy, ale prawie nigdy nie jest to „parę groszy”, jak sugerują uproszczenia z internetu czy poradniki pisane przez prawników.

W moim przypadku, czyli bez majątku, z wynagrodzeniem oscylującym w okolicach minimalnego wynagrodzenia za pracę i przy kilku świadczeniach socjalnych przyznanych na dziecko, to finansowe koszty upadłości konsumenckiej zamknęły się w kwocie nieco ponad 12 tysięcy złotych, które finalnie zostały zaspokojone na koszty postępowania, w tym w 95% na wynagrodzenie syndyka. Na wierzycieli z masy nie trafiło nic i to jest dla mnie jeden z najbardziej gorzkich wniosków całej tej historii.

Ale uczciwie, nawet ta kwota nie oddaje najważniejszego. Bo największy rachunek w moim przypadku nie był finansowy, tylko psychiczny i zdrowotny – stres, niepewność, życie w napięciu i w ciągłej walce o podstawy. I to jest coś, czego nie da się zamknąć w tabelce. Dlatego zostawiam Ci do przemyślenia (i chętnie przedyskutuję to w komentarzach) jedną rzecz – czy upadłość konsumencką powinniśmy liczyć przede wszystkim w pieniądzach, czy jednak w kosztach zdrowia i zdrowia psychicznego?

Jeśli jesteś w podobnej sytuacji, możesz napisać w komentarzu, nawet bardzo ogólnie. Bez kwot, bez szczegółów, jeśli to dla Ciebie za dużo. Napisz tylko, na jakim etapie jesteś i co dziś jest dla Ciebie najtrudniejsze – potrącenia, brak pieniędzy na życie, przewlekłość, chaos w dokumentach, lęk, samotność? Czasem samo wypowiedzenie tego na głos pomaga, a razem łatwiej przetrwać trudne chwile.

Jeśli jesteś w kryzysie psychicznym i czujesz, że jest bardzo źle, proszę: nie zostawaj z tym sam/a. W sytuacji zagrożenia życia dzwoń na 112. Jeśli potrzebujesz rozmowy i wsparcia, w Polsce działa całodobowe Centrum Wsparcia 800 70 2222 (bezpłatnie). Czasem pierwszy telefon to jedyny krok, który dziś trzeba zrobić.

Data aktualizacji:

Aleksandra
Aleksandra

Autorka bloga o upadłości konsumenckiej, budżecie domowym i wychodzeniu z zadłużenia w możliwie spokojny, uporządkowany sposób. Na co dzień pracuje na etacie i samotnie wychowuje córkę, dlatego dobrze zna realia życia na styk. Pisze wyłącznie na podstawie własnych doświadczeń i niezliczonych godzin spędzonych na czytaniu dokumentów, orzeczeń i ustaw – po to, by przełożyć je na prosty język i konkretne działania.

Artykuły: 6

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *